Friends HLILogoHLI Human Life International - Polska
Polski serwis pro-life

Ulotki do pobrania i rozpowszechniania TUTAJ

Międzynarodowy Dzień Bezpiecznej Aborcji”, obchodzony 28 września, był fetowany przez ruchy proaborcyjne oraz osoby czerpiące wielkie zyski z tego procederu. Zwolennicy (czy zwolenniczki) aborcji maszerowali w Quito, Dublinie, Paryżu, Meksyku i Brukseli. Budynki były oświetlane na zielono (kolor przyjęty w Argentynie jako symbol bezpiecznej i legalnej aborcji), woda w fontannach mieniła się szmaragdowymi odcieniami, a nawet genewski Jet d’Eau świecił na zielono. 

Organizacja Women’s Global Network for Reproductive Rights (Kobiecy Globalny System na rzecz Praw Reprodukcyjnych) objęła patronat nad tym wydarzeniem i patronowała już 400 akcjom w 85 krajach.

Tegoroczne hasło brzmiało: Solidarność w działaniu: promowanie sprawiedliwości reprodukcyjnej i pilne wzmacnianie systemów opieki zdrowotnej w celu zapewnienia kompleksowej opieki aborcyjnej.

Brzmi to nie jak hasło wykrzykiwane na ulicy, ale jak tytuł wniosku o grant. Być może właśnie o to chodzi.

Wybór tej daty jest nie jest przypadkowy. 28 września 1871 roku Brazylia przyjęła *Lei do Ventre Livre* – ustawę o wolności łona. Były to czasy niewolnictwa – dzieci urodzone przez niewolnice po jej uchwaleniu uznawano za ludzi wolnych, pomimo że ich matki pozostawały w niewoli.

Ponad sto lat później, w listopadzie 1990 roku, brazylijskie delegatki uczestniczące w V Encuentro Feminista (V Spotkaniu Feministycznym) w San Bernardo w Argentynie zaproponowały, aby posłużyć się tą rocznicą i uczynić ją regionalnym dniem walki o legalizację aborcji. Kampania zyskała zasięg globalny w 2011 roku, a obecną nazwę przyjęła w 2015 roku.

Międzynarodowy Dzień Bezpiecznej Aborcji wcale nie jest ustanowiony przez Organizację Narodów Zjednoczonych. To inicjatywa własna proaborcyjnych organizacji pozarządowych, które perfidnie wykorzystały rocznicę kojarzoną z wyzwalaniem dzieci z niewoli, aby uczynić z niej dzień świętowania wolności do zabijania nienarodzonych dzieci.

Podczas gdy Europa podświetla na zielono znane budowle, a Ameryka Łacińska wypełnia ulice zielonymi chustami, istnieje także inna grupa kobiet, o których prawie się nie mówi. Kompletna cisza! Nikt nie podświetli dla nich fontanny. Nikt nie przemaszeruje przez Paryż z ich zdjęciami!

To kobiety, które poddały się bezpiecznej aborcji i już nigdy nie wróciły do ​​domu.

Śp. Lexi Arguello – miała 18 lat, gdy poddała się aborcji poprzez rozszerzenie i usunięcie zawartości macicy (D&E), co przedstawiano jako działanie rutynowe. Nie przeżyła!

Śp. April Lowery – miała 29 lat. Podczas aborcji doszło do przebicia macicy w legalnie działającej placówce medycznej. Zmarła!

Śp. Tia Archeiva Parks – miała 26 lat, gdy poddała się legalnej aspiracji próżniowej w pierwszym trymestrze ciąży przeprowadzanej przez licencjonowanego specjalistę. Zmarła!

Tej informacji nie ma w materiałach promocyjnych.

Zwolennicy aborcji starają się przekonywać, że takie przypadki śmierci należą do rzadkości. Może to twierdzenie przynosi pewną ulgę, gdy omawia się statystyki przy konferencyjnym stole. Prawda brzmi jednak zupełnie inaczej, gdy to twoja córka, siostra, żona czy matka staje się tym rzadkim przypadkiem. Liczby sprawiają, że wszystko wydaje się uporządkowane i przejrzyste, ale imiona konkretnych zmarłych matek psują ten obraz zasadniczo.

Śp. Keisha Marie Atkins – miała 23 lata, gdy poddała się wielodniowej procedurze prowokowanej późnej aborcji. Najpierw zatrzymano akcję serca płodu. Potem jej ciało także się zatrzymało. Już nie wyszła z tej placówki aborcyjnej o własnych siłach.

Śp. Kalynda Collins – miała 32 lata i była matką dwójki starszych dzieci. W placówce aborcyjnej Cherry Hill Women’s Center zastosowano u niej rozszerzanie szyjki macicy za pomocą pręcików z laminarii, chociaż wcześniej była na to uczulona. Wystąpił u niej wstrząs anafilaktyczny, a sprawa sądowa, która była tego następstwem, stała się informacją publiczną. Teraz jednak zapadła cisza!

Śp. Jamie Lee Morales – miała 30 lat. Poszła na aborcję do legalnej placówki, gdzie przerwanie ciąży przeprowadzono metodą D&E. Zmarła, pozostawiając czekającą na nią rodzinę.

Śp. Cree Erwin-Sheppard – miała 24 lata, gdy w Michigan poddała się aspiracji próżniowej i – podczas tej samej wizyty – założeniu wkładki wewnątrzmacicznej. Nieco później zasłabła i zmarła. Z czasem protestujący zaczęli nosić transparenty z jej wizerunkiem, bo ktoś zadbał o to, aby o niej chociaż przez chwilę pamiętano.

Śp. Diamond Williams – miała zaledwie 18 lat. Była w szóstym tygodniu ciąży, gdy poddała się aborcji w placówce Carolina Center for Women w Charlotte. Była chora na cukrzycę, co powodowało, że należała do grupy podwyższonego ryzyka. Pomimo tego aborcjonista aborcję wykonał. Cztery dni później sekcja zwłok wykazała krwotoczne odoskrzelowe zapalenie płuc oraz pozostawione w macicy resztki tkanki. Jej matka musiała walczyć o uzyskanie dostępu do jej dokumentacji medycznej.

W dniu poświęconym świętowaniu tzw. kompleksowej opieki aborcyjnej brakuje wielu młodych kobiet, bo nie ma ich już wśród żywych.

Śp. Jennifer McKenna Morbelli – miała 29 lat. Była w 33. tygodniu ciąży, gdy udała się do placówki aborcyjnej LeRoya Carharta (wyjątkowo bezwzględnego aborcjonisty) w Maryland na tzw. późną aborcję. Dostała krwotoku, a jej mąż został wdowcem.

Śp. Tonya Reaves – miała 24 lata, gdy w 2012 roku poddała się aborcji metodą D&E w placówce Planned Parenthood of the Loop w Chicago. Krwawiła przez wiele godzin, zanim dotarła do szpitala. Powrót do zdrowia, na który wszyscy liczyli, nigdy nie nastąpił.

Śp. Karnamaya Mongar – miała 41 lat, kiedy przekroczyła próg kliniki aborcyjnej Kermita Gosnella (kolejnego bezwzględnego aborcjonisty) w Filadelfii. Zabiło ją przedawkowanie środków uspokajających. Nie umarła dlatego, że aborcja była nielegalna, ani nie zginęła w podziemnym gabinecie – o jakich słyszymy, gdy zwolennicy aborcji chcą nastraszyć ustawodawców i skłonić ich do zniesienia kolejnych zabezpieczeń. Zmarła w placówce aborcyjnej, której działalności nie powstrzymali rządowi inspektorzy. Prokuratorzy określili później klinikę Gosnella mianem domu grozy.

Przypadek Mongar stanowi poważny problem dla uproszczonej narracji, którą dzisiaj się nam serwuje. Mamy wierzyć, że legalna aborcja jest bezpieczna, a nielegalna – niebezpieczna.

Śmierć Mongar nie pasuje do tego schematu, a takie przypadki chowa się pod dywan. Mają zniknąć, nie istnieć! Podobnie jak Lexi, April, Tia, Keisha, Kalynda, Jamie Lee, Cree, Diamond, Jennifer i Tonya.

Żadna z tych kobiet nie zmarła na skutek przyjęcia przez parlament ustawy chroniącej życie. Zmarły z powodu systemu, którego domagają się uczestniczki proaborcyjnych manifestacji. Feministki żądają ogólnie dostępnych przychodni aborcyjnych, późnych aborcji na żądanie i zniesienia okresów na zastanowienie się, co robią. Chcą. także likwidacji wszelkich zabezpieczeń chroniących życie.

Ich postulaty różnią się w zależności od kraju, ale kierunek pozostaje ten sam. W suwerennych państwach, gdzie obowiązują przepisy chroniące życie, jak w Polsce, domagają się legalizacji aborcji. Bezpodstawnie twierdzą, że legalizacja oznacza bezpieczeństwo.

Tam, gdzie aborcja jest już legalna, żądają ograniczenia środków ostrożności. A tam, gdzie środowiska postępowe zdążyły już osłabić lub zlikwidować te zabezpieczenia, domagają się zwiększenia finansowania i zgody na aborcję w późniejszej fazie ciąży., aż do porodu włącznie.

Pozostaje pytanie po co tyle dekoracji, krzyku i manifestacji. Skoro – jak twierdzą obrońcy aborcji – jest ona czymś zwyczajnym i medyczną, bezpieczną normą, to po co ten Międzynarodowy Dzień Bezpiecznej Aborcji? Po co zawłaszczać rocznicę uchwalenia prawa uwalniającego dzieci z niewolnictwa? Skąd te chusty, zielone fontanny, zestawy materiałów, skoordynowane marsze, manifesty i ostrzeżenia przed rosnącymi siłami faszystowskimi?

Potrzebny jest taki spektakl, bo rzeczywistość jest znacznie bardziej skomplikowana i ponura niż hasła, które głoszą. Muszą tuszować fakty: wizyty na oddziałach ratunkowych, dokumentację medyczną i wyniki sekcji zwłok.

Są matki, które pochowały córki, i mężowie, którzy pochowali żony. Są dzieci, które straciły matki. I są konkretne imiona.

Te wymienione powyżej zmarłe kobiety: Lexi (18 lat), April (29), Tia (26), Keisha (23), Kalynda (32), Jamie Lee (30), Cree (24), Diamond (18), Jennifer (29), Tonya (24), Karnamaya (41) to tylko przykłady. W rzeczywistości jest ich bardzo, bardzo wiele. Kłamliwie zapewniano je, że aborcja to nie problem, że są całkowicie bezpieczne. Uwierzyły w te kłamstwa i zapłaciły za to najwyższą cenę swojego życia. Inne latami cierpią po cichu.

Biznes aborcyjny podtrzymuje fikcję bezpiecznej, bo legalnej, aborcji. Starannie tuszuje przypadki śmierci i licznych powikłań. Płaci za to łatwowierna, porzucona kobieta, która im zawierzyła. Trzeba o tym pamiętać, gdy znowu zobaczymy na naszych ulicach błyskawice i wrzeszczące feministki, o martwych twarzach i smutnych oczach, żądające bezpiecznego, legalnego prawa do zabijania poczętych dzieci.

 

Źródło: Life News, oprac. własne wg. artykułu Raimundo Rojasa – 28 września 2026 r.

Wspomóż obronę życia

BLIK_LOGO_RGB