Podczas pierwszej ciąży usłyszała, że z powodu choroby genetycznej poród może zakończyć się dramatycznie dla niej i dla dziecka. Nie powinna też sobie pozwolić na kolejne ciąże. Z ufnością poprosiła o pomoc bł. Honorata Koźmińskiego. Dziś jest matką czwórki dzieci i wszystkie sprawy zawierza Bogu. Bez Niego nie wyobraża sobie życia.
Mama jeszcze w niemowlęctwie zawierzyła Magdalenę Kosicką Matce Bożej. Kilka lat później, podczas lekcji religii, dziewczyna pożyczyła od sióstr felicjanek książkę o duszach czyśćcowych. Poruszyła ją szczególnie historia o chłopcu, który przeznaczał swoje oszczędności na modlitwy za dusze czyśćcowe. Kiedyś, gdy odrabiał lekcje, ktoś zapukał do okna. Zobaczył w nim mężczyznę. „Chciałem ci bardzo podziękować, bo mnie uratowałeś” – usłyszał. Ucieszył się bardzo, a mężczyzna odszedł. I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że chłopiec mieszkał na… dziesiątym piętrze.
Rock, glany i powrót do źródła
Ta książka jeszcze bardziej pomogła jej budować wiarę w życiu. Aż do czasów liceum i studiów, gdy ważniejsi stały się rówieśnicy: słuchanie mocnej muzyki i wspólne imprezowanie. W końcu przestała przystępować do sakramentów św.
- W tym czasie po parafiach krążył obraz Pana Jezusa Miłosiernego – mówi. – Nie przypuszczałam, że moja mama (tato zmarł na raka płuc, gdy miałam zaledwie dziewięć miesięcy) modliła się przed nim o moje nawrócenie. Gdy obraz nawiedził nasza parafię – zapragnęłam pójść do spowiedzi. Tak zaczęła się moja przygoda z Panem Bogiem, trwająca do dziś.
Podczas Światowych Dni Młodzieży w Rzymie w 2000 roku, uświadomiła sobie, że młodzi wierzący są tak samo „normalni” i pełni marzeń jak ona. Słuchali mocnego rocka, chodzili w glanach… i wierzyli. Wtedy na dobre wróciła do Kościoła. Trafiła na Seminarium Odnowy Wiary, skończyła kurs ewangelizacyjny, rekolekcje ignacjańskie, i zadomowiła się w Odnowie w Duchu Świętym.
Wkrótce poznała przyszłego męża, Zenona. Dała się zaprosić na koncert „2Tm2,3”, grający jej ulubioną rockową muzykę, a wkrótce odkryła, że Zenek jest inteligentny, szarmancki i – co najważniejsze – wierzący. Zachwycili się sobą, a ich relacja początkowo przypominała sielankę – aż do nauk przedślubnych prowadzonych w formie dialogu.
„Acha. Nareszcie zaczęliście się kłócić” – zareagował znajomy ksiądz, gdy z niepokojem opowiadała, że podczas spotkań zaczęły pojawiać się spory. Uświadomił im, że to naturalny etap: muszą się zetrzeć, by nauczyć się także godzić. Dodał, że dopiero teraz naprawdę dojrzewają do małżeństwa. To ją uspokoiło. Pobrali się w 2003 r.
Mrożąca krew diagnoza
Szczęśliwi i pełni wiary w przyszłość zamieszkali w wynajętym mieszkaniu. Pół roku po ślubie Magda zaszła w ciążę. Zaledwie osiem tygodni później, z wysoką gorączką i tak silnym bólem w pachwinie, że nie była w stanie chodzić, trafiła do szpitala z podejrzeniem ostrego stanu zapalnego. Diagnoza okazała się znacznie poważniejsza: masywna zakrzepica lewej nogi, obejmująca także żyłę biodrową. Na szczęście okazało się, że z dzieckiem było wszystko w porządku.
- Byliśmy przerażeni – opowiada. – I wtedy Bóg przyszedł nam z pomocą. Gdy zalana łzami, ledwo się wlokąc, poszłam do łazienki, spotkałam salową. Widząc, w jakim jestem stanie, zapytała mnie, czy może się nade mną pomodlić. Posadziła mnie na odwróconym do góry dnem wiadrze, położyła ręce na ramionach i rozpoczęła modlitwę.
- Wtedy spłynął na mnie tak ogromny pokój, że wiedziałam, że Bóg jest z nami – podsumowuje z uśmiechem. Salowa wręczyła jej także modlitwę matki za dziecko, którą zaczęłam odmawiać.
A Bóg nie przestawał działać. Dzięki temu, że jej mama podjęła pracę w instytucie hematologicznym, Magda szybko została zdiagnozowana. Okazało się, że ma wrodzoną dziedziczną chorobę krwi: trombofilię tak silną, że na co dzień musi przyjmować leki, rozrzedzające krew. Te „przypadkowe” zdarzenia układały się w ciąg, który z perspektywy czasu trudno nazwać przypadkiem.
Niebiański orędownik i wigilijny prezent
Przy trombofilii zagrożeniem dla życia Magdy i dziecka mógł być zarówno naturalny poród, w którym mogło dojść do oberwania skrzepu, i cesarskie cięcie – ze względu na zagrożenie krwotokiem. Magda była już w ósmym miesiącu ciąży, gdy znajomy jezuita zachęcił ją do zawierzenia dziecka bł. Honoratowi Koźmińskiemu, polskiemu kapucynowi z XIX w., mówiąc, że właśnie jest jego wspomnienie. Uczynili to wspólnie z mężem. Błogosławiony kapucyn, działacz niepodległościowy i założyciel 27 zgromadzeń zakonnych i wspólnot, służących podczas zaborów umacnianiem wiary i pomocą prześladowanym, okazał się skutecznym orędownikiem także w sprawach rodzinnych. Poród przebiegł bez większych komplikacji i państwo Kosiccy z radością powitali na świecie zdrową Anię.
- Lekarze radzili nam zaczekać trochę z kolejną ciążą – mówi Magda. - Nikt jednak nie przeprowadził z nami jasnej rozmowy o tym, jak duże jest ryzyko i jakie są perspektywy. Zaczęliśmy planować adopcję. Zanim jednak zgłosiliśmy się do ośrodka, okazało się, że jestem w ciąży.
- Dowiedzieliśmy się o tym w symbolicznym dniu: w Wigilię 2008 r. – mówi Magdalena. – Zrozumieliśmy, że kolejne tak bardzo upragnione dziecko, jest prezentem od Pana Boga.
W połowie ciąży Magdę zaczął boleć kręgosłup i żebra. Nie przejmowała się tym jednak specjalnie. A gdy w ósmym miesiącu poszła do spowiedzi do kościoła ojców kapucynów i szukała spokojnego miejsca, żeby się pomodlić, trafiła wprost na obraz bł. Honorata Koźmińskiego! Zawierzyła mu wtedy synka i poród.
- Byłam przekonana, że to sam bł. Honorat mi o sobie przypomniał i w ten sposób zapewnił, że wszystko będzie dobrze – mówi z radością. – I tak było: Staś szczęśliwie przyszedł na świat.
Cud uzdrowienia
Choroby jednak nie odpuszczały. Miesiąc po porodzie bardzo silne bóle niemal nie pozwalały Magdzie chodzić. W Instytucie Reumatologii zdiagnozowano kolejną chorobę genetyczną: zesztywniające zapalenie stawów kręgosłupa.
- To było dla mnie trudne – mówi. – Czasami płakałam z bezsilności, widząc, jak dzieci wyciągają do mnie ręce, a ja nie mogę ich nosić. W dzień opiekę nad nimi przejmowała moja mama, w nocy mąż.
Po pół roku, gdy odstawiła syna od piersi, przeszła na silniejsze leki i rozpoczęła rehabilitację, zaczęła czuć się lepiej.
Wraz z mężem zawierzali te trudne sytuacje Bogu. Magda ofiarowywała swoje cierpienia w konkretnych intencjach, co nadawało im sens. I wtedy., w styczniu 2010 r., odkryto u niej podczas szczegółowych badań kolejne schorzenie: zaawansowaną osteoporozę.
- Zaczęłam wpadać w panikę. Płakałam: „Boże, jeszcze osteoporoza”. Bałam się, że zaraz się wywrócę i coś połamię.
Pół roku później, podczas Mszy św. z modlitwą o uzdrowienie, prowadzoną przez jednego ze znanych charyzmatyków, usłyszała, że „Magdalena jest uzdrawiana z osteoporozy”. Była pewna, że chodzi o nią. Kolejne badania potwierdziły jednoznacznie, że osteoporozy nie ma. Zdziwiony technik, widząc poprzednie wyniki, powtórzył badania dla pewności.
- Czułam się uskrzydlona – mówi. – A wraz z mężem odczytaliśmy to jako zaproszenie, by postarać się o kolejne dziecko.
Opatrznościowy wypadek
I tym razem bł. Honorat, któremu od razu zawierzyli maleństwo, opiekował się nimi ze szczególną pieczołowitością. Gdy tydzień przed planowanym przyjęciem do szpitala Magda rozbiła samochód, okazało się to opatrznościowe. Wypadek przyspieszył poród i… uratował życie Antosia. Dzięki przyspieszonemu porodowi, szybko odkryto, że chłopiec ma olbrzymi supeł na pępowinie. Gdyby poród odbył się później, supeł mógłby do tego czasu zacisnąć się zupełnie i synek by nie przeżył.
- Gdy tylko mogłam, poszłam na dziękczynną Mszę świętą. Jak się okazało, było to we wspomnienie bł. Honorata Koźmińskiego… - Magda uśmiecha się. – To było dla mnie jak potwierdzenie: to naprawdę ja się Wami opiekuję.
Kolejnym znakiem, że Bóg nad nami czuwa, było znalezienie wymarzonego domu (w mieszkaniu z trójką dzieci było im już bardzo czasu) w akceptowalnej dla nich cenie. Dokładnie takiego, o jaki prosili w modlitwie i ze wspaniałymi ludźmi w sąsiedztwie. To tu, półtora roku po przeprowadzce, przyszło na świat ich kolejne upragnione dziecko, Krzysiu.
- Wtedy też, podczas nasilenia choroby reumatoidalnej, trafiłam do dr Edyty Biernat-Kałuży, która poprzez odpowiednią dietę i styl życia, postawiła mnie dosłownie na nogi – uśmiecha się.
Magda, dzięki wsparciu przyjaciółek, znalazła pracę jako psycholog szkolny i zaczęła się szkolić jako psychoterapeuta. Zaangażowali się wraz z mężem w Domowym Kościele, a Magda do dziś prowadzi dwie róże różańcowe. Całą rodziną lubią grać w planszówki, jeżdżą na rowerach i bardzo dużo ze sobą rozmawiają.
- Dopóki nie poznałam Pana Boga, żyłam w olbrzymim lęku – mówi Magdalena Kosicka. – Potem, mimo nadal pojawiających się obaw i trudności, nauczyłam się zawierzać Mu wszystko. Wtedy zaczął wypełniać mnie olbrzymi pokój. Wiem, że Bóg zawsze opiekuje się nami, a ja staram się trwać przy Nim i to czyni mnie szczęśliwą.
[Za: Aleteia.org.pl/Dorota Niedźwiecka - 21.05.2026]














Deutsch (Deutschland)
Українська (Україна)
Русский (Россия)
Polski (PL)
English (United Kingdom)
