Friends HLILogoHLI Human Life International - Polska
Polski serwis pro-life

Lekarz powiedział, że gdyby to było jego dziecko, to by je po prostu usunął – mówią Olga i Paweł, rodzice 3-letniego Franka. Odmówili aborcji i dziś zapewniają, że Franek jest ich błogosławieństwem.
Przez 11 lat byli w wolnym, niesakramentalnym związku. Jak przyznają, ich życie było typowo hedonistyczne, polegało na gonitwie za pieniędzmi i fałszywym szczęściem. W pewnym momencie zapragnęli mieć dziecko. Pierwsze dwie ciąże zakończyły się niestety poronieniem.

Po wizycie u lekarza okazało się, że Olga cierpi na choroby autoimmunologiczne, co oznaczało, że aby donosić ciążę, będzie musiała być pod stała opieką lekarską.

W 2018 roku wzięli ślub i dwa miesiące później Olga zaszła w trzecią ciążę. Mieszkali wtedy w Wielkiej Brytanii. W 20 tygodniu ciąży poszli na badanie USG i tam po raz pierwszy dowiedzieli się o nieprawidłowościach. Lekarka powiedziała, że Franek ma jedną nerkę, ma stopę końsko-szpotawą i nieprawidłowości w mózgu. Wtedy zaproponowano badania genetyczne 

„Na tym spotkaniu pani genetyk oznajmiła nam z wielkim smutkiem, że nasze dziecko może mieć znaczne, ale to znaczne – podkreślała to, opóźnienie w rozwoju. Może mieć rozszczepienie wargi i podniebienia, może nie mieć odbytu, może mieć męskie i żeńskie narządy rozrodcze, może mieć nieprawidłowości w mózgu i wiele, wiele innych wad” – wspomina Paweł.

Zaczęli jednak zadawać pytanie, co to znaczy „może”? Bo „może” nie znaczy „musi”, chociaż lekarze naciskali, że jednak tak będzie. Na spotkaniu z panią genetyk po raz pierwszy bardzo mocno zasugerowano im aborcję. Pozwala na to prawo Wielkiej Brytanii, gdzie w przypadku poważnych wad aborcja jest możliwa nawet po 24 tygodniu ciąży. 

Ta trudna sytuacja spowodowała zmianę w ich życiu duchowym. Paweł przyznaje, że chociaż widział, że Olga od początku ciąży modliła się na różańcu za dziecko, był do modlitwy nastawiony sceptycznie. 

Gdy nam o tym wszystkim powiedziano, byłem tak przerażony, że dołączyłem do mojej żony, wziąłem różaniec do ręki i uklęknąłem. Zaczęliśmy się codziennie modlić za naszego synka – mówi. 

Rodzice chcieli jednak zasięgnąć opinii innego lekarza i udali się do bardzo znanego doktora Nicolaidesa. Spotkanie okazało się najtrudniejszą wizytą lekarską w ich życiu. Lekarz nie miał dobrych wieści. Chociaż powiedział, że Franek ma dwie nerki, a nie jedną, to była to jedyna dobra wiadomość. Potwierdził wcześniejsze diagnozy i zalecił aborcję.

Pan doktor bez ogródek powiedział, że gdyby to było jego dziecko, to by je po prostu usunął – opowiada Olga i dodaje: „Poklepał mnie przy tym po ramieniu i powiedział, że wszystko będzie dobrze, «będziecie jeszcze mieli zdrowie dzieci»”.

Jak przyznają rodzice, to był moment przełomowy, coś w nich pękło, stracili nadzieję i się załamali. Po powrocie do domu wśród rozpaczy zaczęli się żegnać z synkiem.

Następnego dnia Olga zadzwoniła do szpitala, żeby dowiedzieć się, co służba zdrowia jest jeszcze w stanie im zaoferować. Była to tylko aborcja, więc chciała dowiedzieć się, jak wygląda procedura. Przeraziło ją to.

Polega to na tym, że dziecku wstrzykuje się do serca truciznę, po czym to dziecko umiera czy też ma umrzeć w brzuchu mamy. Mama jest odsyłana do domu, chodzi około dwa dni z martwym dzieckiem, po czym rodzi to martwe dziecko. Jest to tak pięknie przez medycynę nazwane zakończeniem ciąży. Nie widzi się tego, że jest to żywy, mały, totalnie bezbronny człowiek – opowiada. 

Jak zaczęłam sobie wyobrażać siebie w takiej sytuacji, gdzie mam pozwolić komuś na zabicie mojego dziecka, na to, żeby ktoś po prostu je zamordował, wstrzykując coś do serca, to przerosło moje najśmielsze wyobrażenia. Nie widziałam dalszego życia po czymś takim – powiedziała.

Podkreśliła, że mimo załamania wiedziała, że jeśli pozbawiłaby życia własne dziecko, nie mogłaby dalej żyć z takim obciążeniem. 

Nagle pomyśleli, że powinni jechać do Polski. Lecieliśmy po cud – przyznaje Olga. Wiedzieliśmy, że tylko Pan Bóg może coś zrobić.

Trafili też do Wąwolnicy, gdzie znajduje się cudowna figurka Matki Bożej. W Wąwolnicy oddaliśmy Franka Matce Bożej, zaufaliśmy totalnie Panu Bogu i byliśmy gotowi na wszystko – mówi Olga.

Ta podróż ich zmieniła. Stali się silni i wiedzieli, że cokolwiek się stanie, nie będą sami, bo Pan Bóg zawsze im pomoże. 

Teraz Franek skończył 3 latka. Większość z przewidywań lekarzy się nie sprawdziła, choć ma dość znaczne opóźnienie w rozwoju psychoruchowym. Chociaż nie mówi, nie siedzi, to daje rodzicom dużo radości. 

Franek jest naszym małym cudem i totalnie odmienił nasze życie – mówią rodzice, chociaż przyznają, że ich codzienność nie jest łatwa.

Jest ciężko, bo Franek rośnie, waży coraz więcej, jest niemobilny, trzeba go nosić, ale tak naprawdę to wcale nie jest tak źle. Jesteśmy bardzo wdzięczni Franusiowi, bo okazał się naszym błogosławieństwem – zaznaczają. 

Zdecydowali się przeprowadzić z powrotem do Polski, bo w Wielkiej Brytanii Franek nie otrzymywał takiej rehabilitacji, jaką mógł otrzymać w Polsce. Jest teraz pod stałą opieką lekarzy i rehabilitantów.

Wspomóż obronę życia

Chcielibyśmy powiedzieć rodzicom, którzy są w podobnej sytuacji jak my kiedyś, którzy są zalęknieni, bo lekarze mówią im, co mogą mieć ich dzieci. Mogą – to jest kluczowy wyraz, ponieważ nie można tak naprawdę przewidzieć, jak zakończy się ciąża. Przez cały okres ciąży może się wiele zmienić – mówi Paweł.

Olga dodaje, że lęk nigdy nie jest dobrym doradcą.

Aborcja to naprawdę samo zło. Jest to morderstwo z największym okrucieństwem. Dlatego nigdy, ale to nigdy nie zakańczajcie tak ciąży. Jedyną opcją zawsze powinien być poród, czy to będzie dziecko w pełni sprawne, czy troszkę niepełnosprawne, czy z wadą letalną. Dla każdego z nas na tym świecie jest miejsce i każde życie jest ważne, i każdy człowiek ma fundamentalne prawo do życia. Życie, które nosi matka pod swoim sercem jest tak bezbronne i delikatne, i przede wszystkim jest darem danym nam od Boga, że nie mamy absolutnie żadnego prawa, aby o nim decydować” – zaznacza mama małego Franka.

[Za: opoka.org.pl]