Friends HLILogoHLI Human Life International - Polska
Polski serwis pro-life

      Kolejny oddział ginekologiczno-położniczy tym razem w szpitalu powiatowym w Wadowicach przestanie funkcjonować 1 lutego 2026 r. Kierownictwo placówki wskazuje pacjentkom inne szpitale – oddalone o 20-40 km. W Wadowicach urodziło się w zeszłym roku 566 dzieci. W tej sytuacji porodówka powinna się utrzymać z pieniędzy z NFZ.

Oprócz porodówki, zamknięty zostanie oddział noworodków i wcześniaków. Bez porodówki zostanie miasto mające 17 tys. mieszkańców i powiat zamieszkany przez 155 tys. osób.

Dyrekcja szpitala zamknięcie oddziału argumentuje złą sytuacją finansową szpitala i spadkiem liczby urodzeń. Według danych podanych przez szpital w 2015 r. przyszło tam na świat prawie 1,5 tys. dzieci. W 2020 r. liczba ta spadła do około 1 tys.

W ubiegłym roku w wadowickim szpitalu urodziło się 566 dzieci. W tej sytuacji środki z Narodowego Funduszu Zdrowia powinny wystarczyć do funkcjonowania porodówki. Fundusz płaci za przyjęty poród, a szpital oprócz kosztów związanych z opieką nad konkretną pacjentką ma także koszty stałe. Przyjmuje się, że placówka jest w stanie się utrzymać przy ok. 400 porodach rocznie.

Porodówka w Wadowicach mimo spadku demograficznego powinna zatem dawać sobie finansowo radę. Jednak w ciągu ostatnich 4 lat oddziały ginekologiczno-położniczy oraz noworodków i wcześniaków wygenerowały łącznie 40 mln zł strat.

Szerokiej drogi

W Wadowicach nadal funkcjonować będzie poradnia ginekologiczno-położnicza z opieką ambulatoryjną. Pacjentki mogą tam liczyć na małoinwazyjne zabiegi. Na poród trzeba jednak będzie pojechać do innej miejscowości. Dyrekcja wadowickiego szpitala doradza Suchą Beskidzką (22 km od Wadowic, ok. 25 min. samochodem przy dobrych warunkach drogowych), Chrzanów (35 km, 45 min.), Oświęcim (33 km, 40 min.), Myślenice (35 km, 40 min.), albo Żywiec (40 km, 50 min.).

Według Głównego Urzędu Statystycznego, w całej Małopolsce liczba porodów spadła z ponad 37 tys. w 2010 r. do ok. 26 tysięcy w 2024 r. W Krakowie zmniejszyła się z ponad 15 tys. do niespełna 12 tys. rocznie.

Także w Bieszczdach

Z początkiem stycznia przestały działać oddziały ginekologiczno-położnicze w Lesku i Leżajsku. Wcześniej zamknięto takie oddziały w Przeworsku i Nisku. Z niektórych miejscowości do najbliższej porodówki jest nawet 100 km. Nie pomogły protesty posła rządzącej koalicji i petycja podpisana przez 6 tys. osób.

Także oddział w Lesku był jedyną porodówką w Bieszczadach. Walka o jego utrzymanie trwała od kilku lat. W lipcu przestał on przyjmować pacjentki.

Minister zdrowia Izabela Leszczyna obiecywała, że punkt nie zostanie zamknięty. Miał wznowić działalność we wrześniu. Tak się jednak nie stało. 1 stycznia ostatecznie przestał istnieć.

Problem z utrzymaniem placówki brał się stąd, że korzystało z niej zbyt mało kobiet. Szpital nie dostawał zatem pieniędzy za procedury wykonywane podczas porodu. Jednak mieszkanki regionu z niektórych miejscowości do najbliższego oddziału porodowego będą musiały jechać po kilkadziesiąt, a nawet 100 km.

Na SOR-ze taniej?

Także z początkiem stycznia zamknięto porodówkę i oddział noworodkowy w Leżajsku. Teraz porody będą przyjmowane na miejscowym SOR-ze.

Szpitale nie wiedzą też, kto ma finansować transport medyczny, a także tego, czy będą musiały kupować karetki typu „N” (neonatologiczne).

W ubiegłym roku w powiecie leżajskim urodziło się około 460 dzieci. W tamtejszym szpitalu przyszło ich na świat mniej niż 300. aby oddział utrzymał się z pieniędzy NFZ, powinien obsługiwać rocznie przynajmniej 400 porodów rocznie.

[Za: opoka.org.pl, zdj. Unsplash/stephen-andrews]